środa, 1 grudnia 2010

Zadania domowe

Matematyka nigdy nie była moja mocną stroną. Owszem, jeśli chodzi o rzeczy oczywiste to nie było problemu. Rozwiązania zadań znałem na pamięć, nie musiałem nic pisać. Ale gdy przyszły trudniejsze tematy, funkcje, cosinusy i tego typu rzeczy było już trochę gorzej. Nie potrafiłem tego zrobić. Ale wciąż lubiłem matematykę. Dlatego zacząłem się zastanawiać, co zrobić, żeby sobie poradzić? Co zrobić, żeby zadania domowe nie budziły we mnie strachu? I znalazłem rozwiązanie problemu. Małe korepetycje. Udzielał mi ich lokalny nauczyciel. Dla mnie mistrz matematyki, a jednocześnie niezwykle miły człowiek. Spokojnie, tłumaczył mi wszystko to, czego nie rozumiałem. I nie ważne było to, że referaty trwały godzinę. Jeśli trzeba było to siedział dwie. I tak metodą ćwiczeń zacząłem rozumieć i te trudniejsze rzeczy. Co prawda nie zawsze mnie one tak do końca interesowały, myślałem i liczyłem, kiedy się skończą, ale jakoś sobie radziłem? Cieszyło mnie to bardzo. Szczególnie, gdy widziałem, że wielu moich kolegów z klasy sobie nie radzi. Nie to, żebym czuł się od nich lepszy. Cieszyłem się, że nie mam takiego problemu. I nie mam go do dzisiaj, choć od ukończenia szkoły minęły lata. Matematyka jest czymś, co lubię. W przeciwieństwie na przykład do chemii. Ale tutaj tez się nic nie zmieniło. W szkole chemii tez nie lubiłem. Po prostu ja zdałem i nie chciałem więcej o tym myśleć. Jak widać to, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym w późniejszym wieku procentuje? Tak przynajmniej jest w moim przypadku.